Nie byłem przekonany do nowej techniki palenia w kominku, która postawiona dosłownie na głowie, miała w widoczny sposób ograniczyć emisję pyłów do powietrza. Poczytałem, sprawdziłem kilka razy i … bingo! Działa! Po kolei. Powszechnie praktykowanym sposobem rozpalania ogniska jest metoda biwakowa. Drobniutkie patyczki I rozpałka na spodzie, a na wierzch grubsze szczapy. Ogień wędruje mozolnie od sporu ogarniając stopniowo cały stos. Teraz rewolucja: grube polana układamy na dole zostawiając pomiędzy nimi szczeliny grube na palec. Na wierzchu kładziemy patyczki i rozpałkę. Może być kupiona w sklepie, ale doskonale sprawdzi się brzozowa kora lub cieniutkie, sosnowe drzazgi pachnące żywicą. Ogień rozpalamy od czubka od samej góry. Wszystkie dopływy powietrza w kominku muszą być maksymalnie otwarte. Płomienie i żar wędrują w dół. Wolniej niż przy klasycznym sposobie, ale gołym okiem widać mniejsze dymienie z komina. Mniejszy dym, to więcej pyłów spalonych do końca i mniejsza emisja do powietrza. I zaoszczędzone ciepło. Mała rzecz, a cieszy.

Grzegorz Tabasz

 

Tekst powstał w ramach projektu „Czyste powietrze – czysta sprawa 2017/2018” finansowanego ze środków Fundacji PZU.